Miejsce przypomina więzienie. Do dyspozycji przebywających w nim dzieci są przygnębiające pokoje z kilkoma pryczami i stolikami. Nie liczy się bowiem wygoda, tylko dyscyplina i odstawienie narkotyku, czyli komputera. Rygor i trudne warunki wydają się całkiem oczywiste, biorąc pod uwagę, że miejsce znajduje się w komunistycznym Pekinie. W Chinach uzależnienie od internetu (lub po prostu gier sieciowych) jest ogromne i władze dostrzegły w tym ogromny problem. Nadal jednak korzystają one z przestarzałego modelu opartego na surowych warunkach, łącznie z izolatką, i całkowitym podporządkowaniu. Dzieciaki są zabierane do obozu odwykowego siłą albo podstępem. Na miejscu czekają ich proste zajęcia fizyczne, czytanie wyłącznie wybranych książek, dbanie o zasłaną pryczę, wpajanie ideologicznego bełkotu i wsłuchiwanie się w nudne wykłady. Zabrakło w tym wszystkim rozwijania innych pasji i większego pobudzenia intelektualnego: pokazania, że poza graniem są inne ciekawe rzeczy do roboty.
W efekcie chłopcy są nastawieni negatywnie do całej terapii i, przynajmniej początkowo, mają do niej kpiący stosunek. Jej całokształt ratują nieco rozmowy między rodzicami a nastolatkami. Podczas ich trwania dowiadujemy się, że dorośli zaniedbywali pociechy, przez co czuły się one samotne i uciekały do komputerowej rzeczywistości. Nicky wyznaje, że traktuje wirtualnych znajomych jak prawdziwych, a czasem… rozmawia ze swoim misiem. Natomiast Haker zdradza, że grając w sieci poznał pewną dziewczynę i zakochał się w niej, mimo iż nigdy jej nie spotkał. Mamy więc do czynienia z dzieciakami pochłoniętymi iluzją, bo u dorosłych na pierwszym miejscu zawsze była praca. Poza tym wybrani rodzice dopuszczali się bicia pociech. Pewien ojciec mówi nawet ze spokojem, że próbował dźgnąć syna nożem: czy w takim przypadku kogokolwiek dziwi ucieczka do wirtualnego świata?
Mimo że akcja „Web Junkie” dzieje się w Chinach, gdzie apogeum uzależnienia od internetu jest największe, a przy tym naciski na sukcesy w szkole i karierę zawodową ogromne, to jego historia znajduje odzwierciedlenie w wielu innych zakątkach globu. Coraz więcej młodych ludzi – czy to w Stanach Zjednoczonych, Australii lub Polsce – zatraca się bowiem w tym wszystkim, co oferuje internet (wliczając pornografię), będąc przytłoczonymi brakiem wsparcia, samotnością i stawianymi wobec nich wymaganiami. Nic więc dziwnego, że z „realu” uciekają do przestrzeni wirtualnej.
Kontakt z autorem:
piotr.burakowski@interia.pl
