O autorze
Dziennikarz. Publikował m.in. w kilku portalach o popkulturze i Spider's Web. Absolwent dziennikarstwa i medioznawstwa Uniwersytetu Warszawskiego.

Kontakt: piotr.burakowski@interia.pl

„Detektyw”: najciekawszy serial 2014 roku?

„Detektyw”: najciekawszy serial 2014 roku?
„Detektyw”: najciekawszy serial 2014 roku? Fot. mat. prasowe
Za nami pierwszy sezon „Detektywa”. W tym 8-godzinnym i pełnym emocji spektaklu konstrukcja fabularna przypomina zwartą pozycję literacką, ale zarazem serial charakteryzuje się piorunującą grą aktorską. I zapewniło to na tyle imponujące widowisko, że w tym roku prawdopodobnie nie obejrzymy ciekawszego i lepiej skonstruowanego serialu.

Prawdziwym magnesem „Detektywa” są jego bohaterowie – policjanci Martin Hart (Woody Harrelson) i Rustin Cohle zagrany przez tegorocznego zdobywcę Oscara Matthew McConaugheya. Pierwszy to twardo stąpający po ziemi kobieciarz, drugi – niezwykle inteligentny introwertyk i samotnik chętnie trzymający się na uboczu. Obaj wydają się zupełnie inni, jednak wbrew pozorom doskonale do siebie pasują i, poprzez widoczny kontrast, ciekawie uzupełniają. Jeden nie istnieje bez drugiego – mamy do czynienia z tak silną relacją i dopiero oglądając ich razem wszystko nabiera emocji. Martin i Rustin są postaciami o niewątpliwej charyzmie, a gra Harrelsona (ekspresywna) i McConaugheya (stonowana, ale intensywna) jest fenomenalna; całkowicie uwierzyłem w obie kreacje. Historia skoncentrowana na Martinie i Rustinie daje obraz pełnokrwistych i w pełni wiarygodnych bohaterów, a reszta obsady jest ich przekonującym uzupełnieniem.

Podczas gdy Martin kieruje się prostymi zasadami i logiką, Rustin nie stroni od tematyki filozoficznej i metafizycznej. I taki niejako jest „Detektyw” – przesiąknięty realizmem, lecz sięgający po temat rytualnego morderstwa, co siłą rzeczy prowadzi czasem przez dziwne i tajemnicze wydarzenia. Nie oznacza to jednak, że autentyzm nagle znika i zostaje zastąpiony wydarzeniami nadprzyrodzonymi – realizm, a nie fantastyka czy idiotyczne wolty są cechą serialu. Pierwszy odcinek zapalił jednak we mnie ostrzegawczą lampkę, bo to w nim widzimy ofiarę niezidentyfikowanego mordercy – i ten widok przypomina o nieco tandetnym serialowym „Hannibalu”. Mimo to szybko okazuje się, że produkcja Nica Pizzolatto, maczającego palce przy tworzeniu „The Killing”, reprezentuje zupełnie inną ligę.

Kiedy przywołany „Hannibal” i wiele mu podobnych seriali stawiają na szybką i często pozbawioną logiki akcję, „Detektyw” biegnie powolnym tempem i stawia na autentyzm. Jednak nie sprawia to bynajmniej, że staje się on nudny, wręcz przeciwnie – pełna logiki fabuła ogromnie trzyma w napięciu, nawet pomimo tego, że tempo nie jest najszybsze. Zastosowano zresztą prosty zabieg, czyniący scenariusz bardziej dynamicznym. Polega on na tym, że do pewnego momentu fabuła przeplata się między zeznaniami Martina i Rustina dotyczącymi sprawy rytualnego morderstwa a retrospekcjami, pokazującymi nam jej przebieg sprzed wielu lat.


W kilku pierwszych odcinkach widzimy więc, jak bohaterowie opowiadają o dawnych wydarzeniach, wplatając gdzieniegdzie anegdoty – w przypadku Martina dotyczą one zwykle kobiet, z kolei Rustin nawiązuje do wspomnianych filozofii i metafizyki. Wywody na tematy egzystencjalne są ciekawe i, podobnie jak opinie Martina o związkach damsko-męskich, dają lepszy wgląd w charakter policjanta, przy czym odnajdziemy zwłaszcza odwołania do nauk Fryderyka Nietzschego z charakterystycznym dla nich pesymizmem.

Samo miejsce akcji także nie nastraja optymistycznie. Rozgrywa się ona na terenie wypełnionej licznymi jeziorami i bagnami Luizjany, przez co jest nieco ponuro i sennie, widoki jednak niejednokrotnie zapierają dech w piersi. Razem z bohaterami zwiedzamy więc miasteczka i zapuszczone tereny, i daje to znacznie bardziej interesujący efekt od kolejnej metropolii. A przy tym Luizjana istotnie wpływa na zachowanie postaci – staje się ona miejscem, gdzie łatwiej o występek, izolację i przymykanie oka na pewne sprawy.

Konstrukcja fabularna, pomijając drobne – najpewniej zamierzone – luki, sprawia, że „Detektyw” przypomina pozycję literacką. To Martin i Rustin, niczym dwaj narratorzy, prawie cały czas opowiadają swoją historię – pełną logiki, bez kuriozalnych wolt, ale przy tym bardzo emocjonującą, wciągającą i niepozbawioną pierwiastka metafizycznego. Co więcej, losy Martina i Rustina są ich ostatnimi (przynajmniej jeżeli chodzi o serial – niewykluczone, że scenarzysta, Nic Pizzolatto, napisze o nich książkę), bo kolejny sezon będzie poświęcony innym bohaterom. Oby tylko odgrywający ich aktorzy byli tak znakomici w swoich rolach jak Harrelson i McConaughey jako Martin i Rustin. Ci dwaj panowie bowiem w znacznej mierze czynią „Detektywa” tak zachwycającym spektaklem i ostrą konkurencją dla pozostałych tegorocznych seriali.

Kontakt z autorem:
piotr.burakowski@interia.pl
Znajdź nas na Znajdź nas na instagramie
Trwa ładowanie komentarzy...